niedziela, 23 listopada 2014

Szalona Barcelona czyli Urodzinowy trip cz. 4

Lotnisko w Barcelonie zaliczam do najbardziej niewygodnych i nieprzyjaznych. Po nocce na nim byłam wprost połamana, dlatego od razu gdy wzeszło słońce ruszyliśmy do centrum miasta. Z lotniska można wydostać się autobusem nr 46, AeroBusem lub pociągiem. Najtańszy jest autobus, którym za 2,5 euro można dojechać do Placa Espanya. Na owym placu znajduje się La Font Màgica. Bodajże w soboty, wieczorem odbywa się tam pokaz światła oraz muzyki. Najbardziej wygodnym sposobem poruszania się po mieście jest metro, rower lub nogi, ale to tylko na krótkie trasy. Istnieje parę rodzajów biletów, najbardziej opłacalnym moim zdaniem jest T-10. Upoważnia do przejazdu 10 razy wszystkim środkami lokomocji przez 1:15, z możliwością przesiadki. Kosztuje 10,30 euro, należy go kasować przy każdym przejeździe. Nie wypożyczaliśmy rowerów, ale to dobry i tani sposób, żeby zwiedzić miasto. Koszt to mniej więcej 6-8 euro za 2 h. Największą wypożyczalnią rowerów w Barcelonie jest VodafoneBicing, niestety tylko posiadacze karty członkowskiej, którą można zamówić tylko na adres w Katalonii. Na lotnisku w kilku miejscach można znaleźć mapę miasta. Nocleg rezerwowaliśmy przez portal Airbnb. Pierwszą rezerwację niestety gospodarz anulował nam parę dni przed przyjazdem. Udało się jednak wynająć miły pokój na La Barceloneta, blisko morza z pięknym widokiem na miasto.
Widok na La Barcelonetę i port

 Morze, plaża, słońce i sangria..

Długo zastanawiałam się jak można opisać to miasto i chyba najlepiej zrobił to spotkany przez nas Tomasz, Węgier, mieszkający tam od paru lat: "Barcelona to fałszywe miasto". W sezonie turystycznym jest tam mnóstwo ludzi, którzy widzą świetną plażę i piękne zabytki. Jednak warto zagłębić się bardziej w historię i problemy tego miejsca. Tomasz i nasza druga gospodyni (byliśmy w Barcelonie jeszcze w październiku) otworzyli nam oczy na wiele spraw. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że na obecny wygląd Barcelony miały Igrzyska Olimpijskie w 1992 r. W latach 90. przebudowano miasto, stworzono piękną plażę, dzięki temu miasto to stało się jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc podczas wakacji. Barcelona to stolica Katalonii, która chce odłączenia od Hiszpanii i stworzenia odrębnego państwa. Emigranci z Afryki oraz ogromne bezrobocie to kolejny problem tego miejsca. Oczywiście jak każde duże miasto ma także problem z przestępczość i narkotykami. 
Mieliśmy tylko jeden dzień na zwiedzanie, dlatego jednogłośnie ustaliliśmy plan działania: ptk. 1 leżenie plackiem na plaży, ptk. 2 kąpiel w morzu, ptk. 3 iść na "miasto i się zgubić" w uliczkach Barcelony. Tym sposobem zobaczyliśmy Katedrę św. Eulalii. Piękna gotycka architektura wewnątrz, której mieszka 13 gęsi. Eulalia jest patronką Barcelony, wewnątrz katedry znajduje się jej alabastrowy sarkofag. Gęsi symbolizuje wiek, w którym zmarła (13 lat), biel to kolor dziewictwa, a gęsi dlatego że była gęsiareczką. Rada dla kobiet, zawsze noście ze sobą szal, którym można się okryć wchodząc do kościoła, ponieważ nie można wchodzić z odsłoniętymi ramionami i w zbyt krótkich spodenkach.

Katedra św. Eulalii


W porcie znaleźliśmy kolumnę Krzysztofa Kolumba, który wskazuje ręką Amerykę. Po drodze wstąpiliśmy do taps baru i uraczyliśmy się zimną sangrią, która idealnie gasi pragnienie. Wieczór spędziliśmy na plaży podziwiając morze i piękne widoki w towarzystwie miłego Brazylijczyka.
Wracając do mieszkania przeszliśmy spacerkiem koło Hotelu W, a idąc La Barcelonetą kuliśmy okropną paella.

 Hotel W

Pierońsko słona paella

Rano popędziliśmy na samolot do Porto. Jak już na początku pisałam, nienawidzę lotniska El-Prat, a to dlatego, że bardzo mało jest tablic z lotami oraz cały czas są zmieniane bramki, a zapowiedzi są dość chaotyczne. Sprawdzicie także z którego terminala odlatujecie, ponieważ są oddalone od siebie o 7 km, pomiędzy nimi kursuje autobus. Przechowalnia bagażu znajduje się tylko na terminalu B, na samym końcu.
Barcelonę żegnałam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony z lekką przyjemnością, bo zmęczyła mnie tłumami turystów i hałasem, z drugiej z niedosytem, ponieważ nie zobaczyliśmy paru zaplanowanych miejsc, a także z zachwytem nad architekturą, plażą i ciepłym morzem.

sobota, 25 października 2014

Urodzinowy trip cz. 3 AMS-LGW-BCN

Po krótkiej przerwie spowodowanej kolejnym wypadem w świat, powracam do relacji z naszego urodzinowego, lipcowego wyjazdu. Amsterdam pożegnaliśmy wieczorem i ruszyliśmy do Londynu. Lądowaliśmy na Gatwick, mielimy tam spędzić jeden dzień, dlatego wynajęliśmy hotel niedaleko lotniska w miejscowości Crawley.


Do miasteczka dojechaliśmy pociągiem, kupując bilety wykorzystaliśmy kupony z redspottedhanky, znalezione na Student Money Saver Hotel, który wybraliśmy miał akurat promocje więc udało się za niewielkie pieniacze wynająć 3-osobowy pokój. Crawley to niewielkie miasteczko, ale bardzo miłe. Koło hotelu znajduje się Morrisons, trochę dalej jest 24 h Asda.Przy kupowaniu biletów pamiętajcie o o sprawdzeniu daty. My po paru dniach w podróży trochę zatraciliśmy się w czasie. Na lotnisku kupiliśmy w automacie bilety na nie ten dzień, tak samo z powrotnymi. Pan przy bramkach puścił nas pomimo, że bramka nie przyjmowała biletu. Niestety, gdy wracaliśmy z powrotem Pani sprawdziła datę. W ferworze szukania sieci WiFi, aby kupić taniej bilet, prawie zgubiliśmy jeden z bagaży. Skończyło się na tym, że kupiliśmy nowe bilety w kasie. To był nasz pierwszy fuckup w tej podróży, na szczęście ostatni.

Lot do Barcelony mieliśmy późno, dlatego postanowiliśmy, że zostaniemy na lotnisku na noc. Niestety nie było ono tak przyjazne podróżnym jak to w Amsterdamie, ale o tym w następnym poście.

czwartek, 4 września 2014

Urodzinowy trip cz.2...OSL-AMS

Trzeciego dnia, wieczorem wylecieliśmy z Oslo do Amsterdamu. Port lotniczy Amsterdam-Schiphol według portalu sleepinginairports jest najlepszym europejskim lotniskiem do spania w 2013 roku. Pozatwierdzam, było to najlepsze lotnisko do spania w naszym kółku. Przylecieliśmy późno, dlatego postanowiliśmy nie przechodzić poza strefę bezpieczeństwa. Zatrzymaliśmy się w tzw. Rest/Relaxation “snooze” zones.


W miejscu tym można spokojnie ułożyć się na wygodnych puffach, albo odpocząć na fotelach. Podłoga wyłożona jest zieloną wykładziną. W strefie tej znajduje się także palarnia i WC, a także miejsce gdzie można naładować np. telefon napędem własnych mięśni. Przy wejściu do WC jest kranik z czystą wodą do picia. Podróżnik-naukowiec znajdzie coś dla siebie w kąciku z paroma doświadczeniami fizycznym. Mnie zachwyciła duża kula plazmowa.

Cała ta strefa to takie ekologiczne, zielone miejsce do odpoczynku, z głośników lecą odgłosy ćwierkających ptaków. Tyko jedna sprawa zakłóciła mój spokój, mianowicie mała myszka biegająca od czasu do czasu pomiędzy fotelami. Wstaliśmy wcześnie, odgłosy krzyczących dzieci i krzątających się ludzi nie pozwala na więcej odpoczynku. Mnie obudził pan, który próbował wytargać spod moich nóg jedną z puff, widziałam także przez zaspane oczy, że parę ludzi robiło nam fotki. Teraz jesteśmy pewnie u kogoś w albumie z wakacji pod tytułem "koczownicy z lotniska".

Po szybkiej porannej toalecie (udało nam się z Ola nawet umyć włosy w lotniskowej umywalce;) udaliśmy się na podbój Amsterdamu. Do miasta można dostać się autobusem, taxi i pociągiem. Najszybszy jest pociąg, bilety można kopić bezproblemowo w automatach, stoją przy nich pomocnicy służący poradami. W Amsterdamie mieliśmy nocować u znajomego, niestety nie było pisane się nam spotkać, ponieważ utknął gdzieś w Dani. Podał nam adres i kontakt do swoich współlokatorów, a oni przyjęli nas pomimo tego, że nie znaliśmy się i mieli swoich gości. Ów kolega mieszka w Zaandam, ok. 30 km od Amsterdamu, spokojne, kolorowe miasteczko z charakterystyczną zabudową, kanałami i parkami. Zostawiliśmy plecaki i zaopatrzeni w aparat ruszyliśmy na spacer, który był tzw. krzywą akcją pt. "dawaj z buta" (wg rankingu "8 urlopowych krzywych akcji" z bloga urlopnaetacie.pl). Początek był bardzo spokojny odpoczęliśmy w parku, późnij było trochę gorzej, pomyliliśmy drogę, chyba po godzinie dotarliśmy do centrum Zaandam. W centrum wzrok przykuwa świetna nowa architektura hotelu Inntel Hotels, wzorowana na tradycyjnym, holenderskim budownictwie.

Obiad zjedliśmy w restauracji, która była częścią dużego marketu, niestety nie pamiętam nazwy. W menu było parę posiłków, w tym dzienne zestawy. Nic specjalnego, ale dającego trochę energii na dalszą podróż. W markecie kopiliśmy przekąski na urodzinowy piknik, w tym sławnego arbuza. Z Olą nie mogłyśmy się oprzeć i wstąpiłyśmy do Primark, na male zakupy przed Barceloną. Z powrotem pojechaliśmy autobusem, a czekając na niego, stwierdziliśmy, że musimy pozbyć się arbuza. Był ciężki i nieporęczny do niesienia. Tu porada, czym przekroić arbuza nie mając noża. Patentem Adama jest użycie do tego celu legitymacji studenckiej, oczywiście tej nowej, nie książeczkowej. Karta kredytowa  i dowód też się nadadzą, ale zawsze istnieje ryzyko połamania.

 Wieczór spędziliśmy na pikniku nad kanałem, popijając urodzinowa whisky i obmyślając dalszy plan wycieczki.

 Prawie jak "Śniadanie na trawie" Edouard Manet

Rano, po nocy spędzonej na materacu z uciekającym powietrzem, postanowiliśmy znaleźć inny nocleg. Tu rada sprawdzajcie plan podróży, bo my o mało nie zarezerwowaliśmy noclegu w dzień wylotu. Zebraliśmy się szybko i ruszyliśmy na zwiedzanie Amsterdamu. Bagaże zostawiliśmy w przechowali na dworcu. Po małej kawie "zgubiliśmy się" w uliczkach Asterdamu. Przez przypadek trafiliśmy na dzielnice Czerwonych latarni, wystraszyła nas jedna pani w stroju Ewy zerkająca z drzwi jednego z przybytku uciech.

  Sex drugs & cheese


 



Przez przypadek także odkryliśmy ogród botaniczny, miła Pani w kasie sprzedała nam bilety studenckie. Ogród jest ogromny, podzielony na sektory ze szklarniami. Ciekawym doświadczeniem był las deszczowy, można się poczuć jak w prawdziwym. Świetne są także małe szklarnie z kwiatami i motylami.





 Domek dla owadów

 Z serii lepidopterologicznej. Co jedzą motyle?

Wracając z ogrodu znaleźliśmy miejsce gdzie zamordowano Żydów podczas II wojny światowej. Nad kanałem są umieszczone tabliczki z nazwiskami i nr domów na przeciwko. Byli to ludzie mieszkający w tym miejscu.
 
Po tych przyrodniczych zachwytach i krótkim, ale intensywnym zwiedzaniu Amsterdamu wróciliśmy na lotnisko, aby udać się do Londynu. Podsumowując ten etap wypadu nasuwa mi się parę przemyśleń. Musimy jeszcze tam wrócić, żeby zobaczyć więcej zabytków, "kawiarnie" są przereklamowane, klimat zabity jest przez konsumpcjonizm, jednakże kanały i architektura Amsterdamu stwarzają świetną atmosferę. Pamiętajcie, że rower może zabić, więc uważajcie na siebie przechadzając się uliczkami tego holenderskiego miasta.

Na koniec łopata gigant

wtorek, 26 sierpnia 2014

Urodzinowy trip..12 lotów, 9 państw w 10 dni cz.1 KTW-WAW-OSL

Od stycznia planowaliśmy wakacyjny wyjazd, Adam godziny spędzał na szukaniu lotów, ja przeglądaniu strony z noclegami. Wszytko musiało być zapięte na ostatni guzik, jednakże nie obyło się bez nerwówki i  niespodzianych zwrotów akcji typu odwalany nocleg tydzień przed terminem.  Lipcowy trip nie był zwykłym wyjazdem na wakacje, ale przede wszystkim urodzinowym prezentem Adama, w rzeczywistości okazał się przygodą życia. Jako, że nie jesteśmy zwykłymi turystami, a początkującymi podróżnikami, postawiliśmy sobie wysoką poprzeczkę. Oboje nie lubimy przebywać w jednym miejscu zbyt długo, dlatego opcja 12 lotów, 9 państw w 10 dni była dla nas idealną opcją na spędzenie wakacyjnego urlopu. W podróż wybrała się z nami Ola, dla której wyjazd ten był nagrodą za obronienie magistra. Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy lotem z KTW do WAW.


Hotel Gromada Lotnisko był naszą "przechowalnią bagażu" ponieważ mieliśmy parę godzin do następnego lotu, wynajęliśmy pokój, aby zostawić w nim plecaki i wybrać się na miasto. Ostatnio na fasadzie hotelu zawieszono olbrzymią reklamę McD, wygląda to okropnie, ale pewnie wpływy z reklamy zasilają budżet tego miejsca. Wnętrze hotelu jest po gruntownym remoncie, ale jednak czuć tam ducha dawnego ustroju. My zarezerwowaliśmy 1-kę z łazienką. Mały pokoik z TV, czajniczkiem, kawą i herbatą, jest też telefon. Jeśli chcecie uzyskać dostęp do Wi-Fi, musicie udać się do recepcji po papierek hasłem. Łazienka z prysznicem i WC, zaopatrzona w standardowe wyposażenie (ręczniki+kosmetyki do kąpieli). W przedsionku znajduje się duża szafa. Gromada Lotnisko wydaje się być porządku, jest czysto i to jest największym plusem, jakżeż nie zachwyca. W tej cenie można zarezerwować o wiele lepszy hotel w centrum.


W Warszawie dzięki wskazówkom Marka udało się nam zjeść pyszny tajski obiad, później uraczyliśmy się piwkiem w Ministerstwie Śledzia i Wódki w towarzystwie zazdrosnej Martyny. Wieczorem zabraliśmy bagaże z hotelu i ruszyliśmy na lotnisko. Naszym kolejnym celem podroży było Oslo (jeśli jesteście palaczami tak jak my to na pewno zdziwicie się ceną papierosów, prawie 4 zł taniej gdy podróżujecie do krajów z poza UE). Do Oslo przylecieliśmy ok. 24, noc była bardzo jasna i ciepła, dzięki temu wizja noclegu na lotnisku nie była taka zła. Wcześniej sprawdziliśmy opcję spania na lotniskach na stronie, zawierającej cenne i często zabawne porady jak spać, żeby się wyspać i nie zostać "gołym i wesołym". Na nasz pierwszy obóz wybraliśmy miejscówkę do zabaw dla dzieci.


Kącik był wyłożony czymś przypominającym gąbkę, jednak był dość twardy, ale zawsze była to lepsza opcja niż spanie na ziemi. Padł pomysł, aby zaadaptować stojący tam samolot, jednakże model był zrobiony z metalu, na dodatek wizja wrzeszczących dzieci o poranku nie była zbyt zachęcająca. Nie była to nasza pierwsza nocka na lotnisku, mając na uwadze brak przygotowania do pierwszej, teraz zaopatrzyliśmy się w kocyk z polaru (Decathlon 30 zł), coś na dobre, wiśniowe sny  i małą kolację w postaci  nieśmiertelnych, polskich kabanosów. Lotnisko w Oslo jest bardzo spokojne, nikt nie budzi, nie wyrzuca w zamkniętych kawiarniach do czasu otwarcia, można odpocząć na fotelach, jest też kilka wygodnych foteli, jednakże są one bardzo okupowane. Z uwagi na miejsce naszego noclegu rano obudził nas wrzask rozbawionych dzieci, szybko zwinęliśmy obóz i upolowaliśmy miejscówkę na fotelach. Przed kolejną drzemką uraczyłyśmy się z Olą kawą, niestety typu 3 in 1 (wrzątek i kubeczki zdobyłam w lotniskowej kawiarni, nie ma z tym problemu).


Jako że Oslo było tylko miejscem przesiadkowym w naszej podróżny i nie wybieraliśmy się do miasta, ok. godz. 10 zabraliśmy wózek i rozbiliśmy się w okolicach hoteli, pośród brzózek w cichym miejscu. Nie byliśmy jedynymi, którzy tak spędzali czas do następnego lotu. Na szczęście pogoda sprzyjała nam więc odpoczynek na łonie natury był tylko przyjemnością. Jedyny nasz błąd jaki zrobiliśmy to, że nie zaopatrzyliśmy się w większą ilość prowiantu. Zdecydowanie w nastopną tak długą podroż z nockami na lotniskach zabierzemy więcej jedzenia, mniej ubrań. Przed kolejnym lotem zjedliśmy "najdroższą pizze naszego życia" i udaliśmy się do odprawy. Po Norwegii kolejny nasz cel znajdował się w Holandii, dokładniej w Amsterdamie, ale o tym w następnej części relacji.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Ostatnie 20-te..:)

Na moje ostatnie 20-te urodziny moja druga połówka zorganizowała jednodniowy wypad do Warszawy. Zabraliśmy ze sobą całą rodzinkę, dla nich była to prawdziwa niespodzianka, ponieważ dopiero po wejściu do auta dowiedzieli się gdzie jadą. Lot z KTW do WAW upłyną szybko  i spokojnie, a poczęstunek na pokładzie był słodką przystawkę przed pysznym obiadem. W Warszawie czekała na nas następna niespodzianka w formie dwóch limuzyn, które miały nas zawieść do restauracji. Miło jest poczuć się w taki dzień wyjątkowo. Wybór restauracji padł na Babooshkę, chcieliśmy spróbować rosyjskiej kuchni. Wznieśliśmy toast rosyjskim piwkiem i uraczyliśmy się pysznym żarkoje. Po obiedzie spacerkiem udaliśmy się w okolice Dworca Centralnego, gdzie czekał na nas Pan z Blacklane w vanie. Niestety przez warszawskie korki prawie spóźniliśmy się na samolot powrotny. Przejście przez odprawę bezpieczeństwa zaliczam do najszybszych w moim życiu tak samo bieg przez okęckie terminale. Samolot do KTW był wypchany po brzegi politykami, znalazła się tam nawet polska "gwiazdka" Natalia Lesz. Kolejnym zaskoczeniem był pilot - Tadeusz Bachleda-Curuś. Podsumowując, dzień ten był pełen niespodzianek i niepodziewanych zdarzeń, jednym słowem idealnie spędzone urodziny (dziękuje A:*). 
P.S.
Limuzyny z Blacklane udało się zorganizować przy pomocy kodów zniżkowych, znalezionych gdzieś w internecie. 


niedziela, 6 lipca 2014

Bracka jesień 2014 czyli My som stela


W przerwie relacji z naszego wypady kilka wrzucam kilka fotek z Cieszyna. Nie każdy wie, że rotundę cieszyńską można znaleźć na 20 złotówce, tak samo nie każdy wie, że w Cieszynie jest browar. Dziś odbyła się kolejna Bracka jesień, festiwal piwa oraz rozdanie nagród w konkursie piw domowych. Konkurs organizowany jest od 2003 roku, Grupa Żywiec w 2009 roku ustanowiła specjalną nagrodę dla najlepszego piwowara, która jest przemysłowe uwarzenie piwa w cieszyńskim Brackim Browarze Zamkowym według receptury najlepszego piwa festiwalu i pod nadzorem jej autora. W tym roku na półkach w sklepach pojawiło się zjawiskowe Brackie Imperial India Pale Ale, warto spróbować. Oprócz mega dużego wyboru piw z rożnych stron świata, na festiwalu można było spróbować złotego napoju z kilku małych browarów m.in. Pinta. 


Z okazji tego święta został udostępniony do zwiedzania cieszyński browar. Udało nam się zobaczyć niepowtarzalne i rzadkie otwarte kadzie z piwem, które za jakiś czas będzie w sprzedaży. Pan przewodnik rzetelnie i z humorem opowiadał o historii Brackiego Browaru Zamkowego. 



 Brackie
 Leżakownia
Tu ciekawostka, browar w Cieszynie został założony wcześniej niż ten w Żywcu. Obydwa miały tego samego właściciela, księcia cieszyńskiego Albrechta Fryderyka Habsburga. Obecnie Brackie należy do Grupy Żywiec, można powiedzieć, że "córka firma" wchłonęła "firmę matkę". Cieszyn pomimo tego, że ostatnio drogi w nim zryte są jak pole na wiosnę, ma też w zanadrzu kilka ciekawych miejsc. Bracki Browar Zamkowy jest jednym z nich, zaraz obok można zobaczyć sławną rotundę, a za granicą spróbować czeskich specjałów. Istny raj dla birofila. Wiadomo, że po piwie wzmaga się apetyt, polecam niedawno odkryta przez nas knajpkę w Czeskim Cieszynie - U Jurcika. Pyszne regionalne jedzenie (placki ziemniaczane po cieszyńsku ze śmietaną wymiatają) i tanie dobre czeskie piwo, czego chcieć więcej. Za rok kolejna Bracka Jesień, warto zobaczyć ten zakątek Polski, nie tylko ze względu na piwo - Brackie nie każdemu smakuje.
PS
W sklepach PSS Społem polecam do zakup cieszyńskich kanapek, szukajcie tych oryginalnych.

czwartek, 29 maja 2014

Berlin calling czyli krótki wypad za zachodnią granicę...

Naszym ostatnim celem podróży był citybreak w Berlinie. Co prawda termin był dość problematyczny ze względu na moją pracę (tworzenie wystawy na Noc Muzeów), ale wszystko się udało dograć. W chyba najbardziej deszczowy dzień maja (14.05) wybraliśmy się w podróż KRK-TGL by AirlBerlin. Druga wycieczka lotem rejsowym przebiegła bardzo pozytywnie. Spokojna muzyczka na wejście, fotele recaro, miły steward częstujący przekąskami i napojami, a na koniec czekoladowe serduszko AirBerlin. W Berlinie byliśmy ok. 12:00, w automacie kupiliśmy bilet grupowy do 5 osób (cena ok. 15 €). Leciała z nami Mama Adama, która jak zauważyliśmy, jako jedyna daje się namówić na jednodniowe wycieczki. Na lotnisku, w informacji turystycznej, kupiłam mapę miasta za symboliczną cenę 1 €. Po drodze do centrum wstąpiliśmy na małe zakupy do DM-drogerie markt. Kupiliśmy trochę "chemii z Niemiec", teraz testujemy czy rzeczywiście jest lepsza od krajowej ;). Później spacerkiem udaliśmy się do stacji metra. Naszym  (w sumie moim;) kolejnym puntem wycieczki było ciuszkowe szaleństwo w Primark.

Z racji, że Berlin znajduje się stosunkowo blisko naszej granic, dlatego można było usłyszeć rozmowy rozentuzjazmowanych polek na zakupach.  Ceny jak wiadomo w Primark kuszą bardzo, chyba najbardziej okupowane było stoisko z koszulkami. Powaliła mnie rozmowa dwóch pań "Nie bierz za dużo bo tam jest więcej innych". Czekamy na otwarcie tego sklepu w Polsce, zapewne sprzedaż będzie rekordowa;) Po zakupach trzeba było podładować baterie, więc poszliśmy na obiad. Dużo urzędów w Berlinie serwuje w swoich kantynach obiady, także dla ludzi z zewnątrz. Na stronie berlinerkantinen znajdziecie listę tych placówek. Chcieliśmy wpaść do kantyny w Ministerstwie Ochrony Środowiska, ale niestety spóźniliśmy się, dlatego wybór padł na kebab niedaleko Bramy Brandenburskiej. Był świetny, idealnie przypieczona bułeczka i smaczne mięsko, najlepszy kebab ever;). Czytałam, że większość jedzenia ulicznego w Berlinie jest smaczne, ale to chyba odnosi się tylko do kebabów u turka. Specjalność berlińskiej ulicy to tzw. currywurst - kiełbasko - parówka w keczupie i garść curry, osobiście mi nie smakowała bardzo. Znaleźliśmy ciekawą ofertę darmowego zwiedzania kilku miast w Europie. Umówiliśmy się na zwiedzanie pod Bramą Branderburską, ale niestety spóźniliśmy się 10 min, a później doczytaliśmy, że trzeba być 10 min przed umówioną godziną.

 Zrobiliśmy kilka pamiątkowych fotek pod bramą, wzięliśmy mapę z trasami zwiedzania z informacji turystycznej, która znajduje się na tym placu i na własną rękę poszliśmy zwiedzać. Mieliśmy już tyko parę godzin do lotu powrotnego, dlatego najbardziej chwieliśmy zobaczyć kawałek muru i Charlie Checkpoint. Wcześniej przechodziliśmy koło Pomnika Pomordowanych Żydów w Europie. Obok ministerstwa finansów jest dość długi kawał muru oraz ruiny kwatery Gestapo. Znajduje się tam ekspozycja „Topografia terroru” przedstawiająca historię tego miejsca (wejście darmowe).

Stamtąd parę metrów dalej znajduje się Charlie Checkpoint - jedno z najbardziej znanych przejść granicznych między NRD a Berlinem Zachodnim w okresie zimnej wojny.

Za 2€ można dostać pieczątkę do paszportu. Na spokojnie, ok 19:00 dotarliśmy na lotnisko. Jestem pod dużym wrażeniem komunikacji w Berlinie, wszystkie autobusy, metra są  punktualne i świetnie połączone. Lot mieliśmy z terminalu C, odlatują tam tylko samoloty AirBerlin. W sklepie bezcłowym- Heinemann - wykorzystaliśmy mój kupon urodzinowy na 10 €. Na niektórych lotniskach w Niemczech,  posiadacze karty heinemann, można dostać darmowe prezenty lub zniżki na zakupy. Wypad do Stolica Niemiec był świetnym oderwaniem się od codziennej pracy, natomiast miasto urzekło nas swoim spokojem i specyficznym historycznym charakterem. Myślę, że nie była to ostatnia wycieczka do tego miejsca.